poniedziałek, 20 marca 2017

Teksty, które wkurzają cieżarną

Przychodzi moment w życiu każdej ciężarnej, że faktem bycia w tym pięknym stanie musi lub chce podzielić się z innymi. Niekiedy też nie tłumaczy się ludziom, więc nadchodzi etap, gdy ciążę już niezwykle trudno ukryć. A może po prostu inni "wywęszyli", że kobieta jest w ciąży i mimochodem informacja się rozszerza.

Wszystko jest w porządku, jeśli osoby z naszego otoczenia nas wspierają i pozwalają cieszyć się tym stanem, ewentualnie mają ochotę nas wysłuchać i udzielić jakiś porad, gdy o to poprosimy. Zwykle jednak bywa tak, że nie prosimy o nic, a rady, mądrości i inne złote myśli spływają na nas strumieniami. Jestem w połowie mojej drogi, ale już wiele rzeczy zaczęło mnie drażnić i dziś podzielę się z Wami tym, co mnie osobiście (domyślam się, że nie jestem jedyna) doprowadza do szewskiej pasji.


1. Wyglądasz tak i siak, na pewno będzie chłopiec/dziewczynka! - oboje z mężem mamy swój typ co do płci, niedługo powinniśmy ją poznać i upewnić się, czy nasza intuicja dobrze nam podpowiadała, ale żadne przepowiednie proroków na prawdę nie są nam potrzebne. Ciężarna jest ze sobą na co dzień. Wie jak się czuje, co się dzieje z jej skórą - a jest jej znacznie więcej, niż tylko ta na twarzy - i przypuszczam, że doskonale zna wszystkie przesądy, które od zarania dziejów mówią, jakie przypadłości zwiastują chłopca, a jakie dziewczynkę. Zmagająca się z nagłym wysypem trądziku ciężarna może tak rewelacyjnie zakryć wszystko makijażem, że na prawdę żadne bzdurne komentowanie nieskazitelnego stanu jej cery na prawdę nie jest jej potrzebne. Na tej płaszczyźnie na prawdę lepiej odpuścić, a jeśli już kogoś ciekawość mocno zżera, niech grzecznie spyta, czy przyszli rodzice zechcieliby zdradzić płeć maluszka, gdy już się tego dowiedzą. Grzeczne to, kulturalne i nienachalne, czyż nie?

2. Musisz jeść/pić to, stosować takie witaminy, a dodatkowo zrobić takie badania! - Po pierwsze przyszła mama nic nie musi. A przynajmniej nie to, co ktoś bez wykształcenia medycznego czy dietetycznego od niej wymaga. Każda ciężaróweczka jest pod opieką swojego lekarza, który śledząc od początku losy i poczynania fasolki oraz wyniki kobiety, dokładnie wie, co ma jej poradzić, jakie leki bądź suplementy przepisać i na jakie badania skierować. Kobieta w ciąży potrafi także czytać i wie, gdzie sięgnąć, aby uzyskać odpowiedzi na nurtujące pytania dotyczące diety w ciąży, ćwiczeń fizycznych i masy innych spraw. Tutaj znów - jeśli chcę jakiejś porady bądź wiedzy, potrafię spytać i na prawdę nie trzeba mi nic kazać.

3. Powinniście jemu/jej dać na imię... - tutaj zwykle porady sięgają drzewa genealogicznego jednego z rodziców. No dobrze, ale dlaczego mam nazwać synka imieniem dziadka mojego męża od strony mamy, skoro może mój dziadek od strony taty też miał ciekawe imię i był fantastyczny? A może przyszli rodzice wcale nie chcą powielać imion, które już w rodzinie się pojawiły? Przypuszczam, że wiele par, tak jak my, mają swoje typy, bo przecież niecodziennie rodzi nam się mały człowiek, któremu wybieramy imię na całe jego przyszłe życie. Zresztą jak ciąża długa tak i typy z tygodnia na tydzień lub miesiąca na miesiąc mogą się zmieniać. Ale to jest sprawa przyszłych rodziców. Jakiegokolwiek imienia by nie wybrali, to ich decyzja, którą należy uszanować. 

4. Wyśpij się na zapas! - Że co? Że jak? Nawet nie wiem, jak podjąć się komentarza tej jakże cennej porady. Gdyby się dało, to każda mama po narodzinach swojego maleństwa tryskałaby energią i miałaby tyle sił, żeby móc góry przenosić. A skoro tak nie jest, to czy można wyspać się na zapas? Zresztą jest ogrom przyszłych mam, które trapi bezsenność. Kolejna kwestia to sposób ułożenia się i znalezienia odpowiedniej pozycji do snu. To na prawdę nie jest prosta sprawa, gdy bolą biodra, plecy, a brzuszek jest na prawdę już sporych rozmiarów. Zatem często temat snu i odpoczynku dla mamy w ciąży jest po prostu irytujący.,

5. Jak się czujesz? - To nic złego, gdy nie widzimy się z kimś długo, ale jeśli są osoby, z którymi kontakt mamy bieżący i za każdym razem o to pytają, to już po prostu męczy. Ciąże są różne - łatwiejsze, trudniejsze. Przyszła mama może być aktywna całe 9 miesięcy, inna połowę ciąży lub więcej musi przeleżeć, wówczas ciągłe pytanie o samopoczucie może przypominać jej o tym, że nie do końca może cieszyć się swoim stanem tak, jakby chciała. 

6. Historie o poronieniach, chorobach, śmierci - przez te 9 miesięcy lepiej po prostu kobiecie ciężarnej darować tego typu anegdotki. Lepiej opowiedzieć coś zabawnego, a nie zaprzątać jej głowę czymś, co może ją mocno zestresować. 

7. Musisz rodzić naturalnie/lepiej, żebyś miała cesarskie cięcie - często kobieta sama do końca nie wie, czy poród, który wraz z lekarzem zaplanowała, nagle nie będzie musiał być przeistoczony w ten drugi. Po raz kolejny - ciężarna ma swojego lekarza, w szpitalu też będzie pod opieką fachowców, zatem wybór odpowiedniego dla niej porodu zostawmy im. Jakby przyszła mama nie rodziła, lepiej zwyczajnie życzyć jej szczęśliwego rozwiązania i tyle. Bez zbędnych komentarzy.


Aż się boję, czy czekają mnie jeszcze jakieś denerwujące teksty podczas ciąży, a już na pewno pojawi się masa rad po narodzinach naszego szczęścia. Wówczas będzie temat na kolejny post ;-). Cóż, jest to dla mnie drażniące, ale staram się nie denerwować i nie wybuchać, wychodzę z założenia, że pewne rzeczy lepiej jeśli wpuszczę jednym uchem, a wypuszczę drugim. Jednak nie jest łatwo w pewnych sytuacjach utrzymać nerwy na wodzy. Dajcie znać, jakie teksty na Was w ciąży działały/działają jak płachta na byka!

poniedziałek, 13 marca 2017

Studia - potrzebne?

Wiele razy się nad tym zastanawiałam. Każdy tworzy i układa swoje życie jak chce, w zgodzie z samym sobą. Ja jednak wychodzę z założenia, że w życiu trzeba coś lubić i czymś się interesować. To jest klucz do sukcesu i samorealizacji.

W moim przypadku wybór już w liceum stał się jasny. W języku niemieckim przepadłam i jakoś zwyczajnie potrzebowałam, żeby było go więcej w moim życiu. W tamtym momencie nie zastanawiałam się aż nadto, co z nim zrobię, ważne było, żeby po prostu go lepiej pojąć. 

Na studiach już wiedziałam na pewno, że żmudne tłumaczenia, trzymanie się tym samym kurczowo schematów i nawyków potrzebnych tłumaczowi nie jest dla mnie. A zatem wolałam języka niemieckiego po prostu uczyć. W międzyczasie z tyłu głowy pojawił się pomysł wyjazdu do Niemiec, ale z drugiej strony, co mi z tego, że znam język, jak nie mam konkretnego zawodu, więc praca jaką mogłabym pozyskać nie byłaby raczej szczytem moich ambicji. Obrałam więc drogę nauczycielską. 

Pojawia się pytanie, co właściwie dały mi studia? Stworzyłam sobie konkretną drogę, otworzyłam drzwi, do których mogę zapukać, żeby znaleźć pracę. Pracę, którą potrafię wykonywać, do której mam kwalifikacje i nikt mi ich po prostu nie zabierze. Stworzyłam sobie grunt, który się nie zapadnie i nigdy nie powinien mnie zawieźć na tyle, żebym mogła znaleźć się na jakimś koszmarnym zakręcie bez środków do życia. Dalej już tylko mogę się rozwijać jak chcę i kiedy chcę - bazę i podstawę mam.

Tak na prawdę właśnie ten grunt jest istotny. Zawód można zdobyć nie tylko poprzez studia - szkoły policealne, zawodowe, kursy kwalifikacyjne. To tylko kilka lat chwilowych wyrzeczeń i poświęcenia, a dokument zostaje na całe życie. A ono jak wiadomo potrafi zaskoczyć w najmniej oczekiwanych momentach i wtedy właśnie warto mieć chociaż jednego asa w rękawie. Jest grono osób, które rewelacyjnie godzą życie rodzinne i towarzyskie wraz z rozwojem osobistym. Ja jestem zdania, że na wszystko jest czas, pora i miejsce i jeśli się chce, to po prostu można. A jeśli jeszcze los jest tak łaskawy, że możliwości mamy wyłożone wręcz na tacy, to jak można nie skorzystać?

W moim przypadku studia nie zamknęły mnie przed światem - równolegle budowałam swój świat, tworzyłam rodzinę, która teraz będzie się dopełniać, a ja mogę z dumą stwierdzić, że jestem spełniona we wszystkich dziedzinach dotychczasowego życia. Teraz pozostaje mi się spełniać i rozwijać dalej. Najważniejsze już mam ;-)!

Czy wybór zawodowej ścieżki życiowej jest dla Was równie istotny jak dla mnie? Koniecznie dajcie znać!

środa, 8 marca 2017

Mój pomysł na toaletkę - małą, tanią i uroczą

Nasz dom nie był budowany od A do Z przez nas. Zdecydowaliśmy się kupić stosunkowo nowy dom, jednak od kogoś. Ta opcja ma wiele zalet - jeśli oczywiście dom odpowiada nam pod względem układu, metrażu, ilości pomieszczeń. Po prostu większość rzeczy, jak nie wszystkie - są gotowe. Najgorsza papierologia związane z budową nas ominęła, jednak wiem, że tak czy siak ciężko znaleźć gotowy dom w dobrym stanie i budowany z na prawdę dobrych materiałów. Nam się poszczęściło.

Wykończenie niektórych pomieszczeń, czyli np, podłogi nie trafiły w nasz gust w 100%, ściany to najprostsza sprawa, bo raz dwa można odmalować. Ale wiecie, zawsze z czegoś mało atrakcyjnego można wydobyć to COŚ. A dlaczego pozwoliłam sobie na aż tak długi wstęp, skoro post ma dotyczyć toaletki? Już tłumaczę, a najlepiej na przykładzie. Toaletka w chwili obecnej prezentuje się następująco:


Ściana z desek którą widzicie po obu stronach toaletki była pierwotnie w kolorze podłogi - niezbyt atrakcyjny "pomarańcz" postanowiliśmy przykryć białą bejcą do drewna, aby uzyskać efekt przebijających się słojów drzewa, bo szkoda by było, aby całkiem zniknęły pod farbą. Te deski to pomysł poprzednich właścicieli na oddzielenie garderoby od sypialni. Teraz efekt nas satysfakcjonuje, choć pewnie my i tak na taki "pomysł" pewnie nigdy byśmy nie wpadli ;). Ale w końcu robimy coś z niczego, bo nie od razu Rzym zbudowano.

Bazą toaletki jest... biurko. Tak, tak, jakoś nie przemawiają do mnie takie toaletki z krwi i kości, oczywiście nie każdemu może się podobać też takie rozwiązanie, natomiast dla mnie to strzał w dziesiątkę. Biurko to podstawowy i najtańszy model z jedną szufladą z Ikei (klik). Może to zabrzmi, jak jakaś reklama Ikei, jednak wierzcie mi, że nią nie jest, jednak dywanik pod krzesłem oraz lusterko także pochodzą z tego sklepu (klik, lusterko natomiast kupiłam kilka lat temu i zauważyłam, że na stronie internetowej już go nie ma, więc być może nie jest już dostępne).
Krzesło natomiast kupiłam na Allegro (w dziale krzesła do salonu). Było o wiele tańsze niż w stacjonarnych lub niektórych internetowych sklepach meblowych.


Obok biurka niezwykle istotny element, czyli maleńki, podręczny kosz na śmieci. 


Na biurku prócz lusterka stoją moje pędzle w najpopularniejszej na świecie osłonce na doniczkę (zgadnijcie skąd ;)?) oraz Beautyblender i wazon z kwiatami. Ten wazon kupiłam kiedyś w Biedronce przy okazji jakiejś kolekcji artykułów dekoracyjnych do domu.

A co słychać w szufladzie?

Postawiłam na maleńkie koszyczki (te pochodzą akurat z Castoramy) do segregacji drobnych kosmetyków. Poza koszyczkami trzymam palety cieni, podkłady, które są ciemniejsze i używam ich latem, sztuczne rzęsy, puder, gumkę do włosów oraz jajeczko Brushegg do mycia pędzli. Dodatkowo zobaczcie, że mimo wielkiego zamiłowania do kosmetyków, staram się nie magazynować, dokupować na bieżąco produkty, które faktycznie zużyję, a więc minimalizm wdrożony w życie jakieś dwa lata temu utrzymuje się!

Dajcie znać co sądzicie o takim kąciku, czy może wolicie standardowe, kobiece toaletki?

niedziela, 5 marca 2017

Pielęgnacja ciała w ciąży

Pielęgnacja ciała w ciąży jest niezwykle istotnym elementem od samego początku, ale to już chyba każda przyszła mama doskonale wie. Ja pilnowałam tego od pierwszych dni, bo wiadomo, że lepiej zapobiegać niż leczyć, a raczej zależy nam, aby rozstępów po tym pięknym okresie było jak najmniej.

Czym kierowałam się przy wyborze odpowiednich kosmetyków? Przede wszystkim składem, ale też nie chciałam przy zakupach zbankrutować. Zatem do mycia ciała najczęściej używam kosmetyków dostępnych w każdym Rossmannie z serii Babydream dla mam - albo kremowy żel do mycia ciała, albo płyn do kąpieli, który idealnie sprawdza się również do oczyszczania naszego ciała.



Za co kocham tą serię? Za bardzo delikatny zapach, a wiadomo, że w ciąży na zapachy możemy różnie reagować, za to, że w składzie znajdziemy m.in. olejek sojowy i migdałowy, a nie znajdziemy żadnych substancji konserwujących i barwiących. Nie przesusza skóry i nie ściąga jej.

Natomiast do nawilżania ciała wybrałam serię kosmetyków Alverde (dostępne w drogeriach DM na terenie Niemiec i Czech, jednak nie martwcie się - na naszym Allegro również je znajdziemy i to nie w takich kosmicznych cenach). 




Pierwszy kosmetyk i zdecydowany faworyt to masło do ciała z ekstraktem z malwy, masłem shea i olejkiem z wiesiołka. Konsystencją podobny do maseł  The Body Shop - zwarta i treściwa konsystencja. Wchłania się powoli, ale za to stopień nawilżenia jest na prawdę mocny.

Drugim i ostatnim produktem Alverde jest olejek do masażu ciała. Jest jak typowa oliwka - tłusty, dość gęsty i oczywiście wchłania się zdecydowanie dłużej od masła. Jeśli zależy nam na czasie, bądź po chwili chcemy założyć ubranie, niestety tutaj szybko nie wchodzi w grę. Trzeba odczekać swoje, aby produkt się wchłonął, a nie wytarł o naszą garderobę. Również bazuje na ekstrakcie z malwy, dodatkowo znajdziemy w nim m.in. olejek sojowy. 




Obydwa produkty również sprawdzą się dla tych przyszłych mam, które są wrażliwe na zapachy - tak jak w przypadku Babydream zapach jest łagodny i przyjemny.

Póki co jestem zadowolona z tych produktów, a Wy czego używałyście do pielęgnacji swojej skóry w czasie ciąży?

czwartek, 23 lutego 2017

Literatura ciążowa - moi książkowi faworyci

Na pewno wiele Mam po moim wpisie stwierdzi, że Ameryki nie odkryłam, jednak mam nadzieję, że są też wśród moich czytelników osoby, które nie słyszały o książkach, które dziś przedstawię, bądź zwyczajnie zastanawiają się na co warto zwrócić uwagę jeśli chodzi o poradniki ciążowe. A jak pewnie się domyślacie, półki w księgarniach uginają się od ilości tego typu literatury.

Ja osobiście uważam, że na dwie pozycje warto zwrócić szczególną uwagę i od nich tak na prawdę zacząć. Temat wyczerpują w 100%, a przede wszystkim zaufało im wiele rodziców na całym świecie - obie książki stały się bestsellerami, a to o czymś świadczy.


Już po pierwszym miesiącu ciąży sięgnęłam po poradnik Kaz Cooke i zaczęłam osobiście dostrzegać jego fenomen. Dodajmy, że autorka jest przede wszystkim mamą, ale też rysowniczką i felietonistką. Czego doszukamy się w jej książce?

Przede wszystkim humor! Sam tytuł "Ciężarówką przez 9 miesięcy. Poradnik po ciąży i okolicach" pozytywnie nastraja. Autorka w sposób prosty i właśnie humorystyczny świetnie tłumaczy wszelkie skomplikowane zagadnienia i stany. Przy czym to nie jest tak, że ze wszystkiego ironizuje czy drwi. Wszystko jest z wyczuciem i smakiem.  Ok, poprawiłyśmy sobie humor, ale co poza tym znajdziemy w książce?



W środku znajdziemy opis każdego tygodnia naszej ciąży, a w nim co się dzieje z maleństwem, a co powinno dziać się z nami (każda ciąża jest inna, więc niektóre objawy u jednych kobiet się pojawią, a u drugich nie), a dodatkowo pamiętnik autorki z danego tygodnia - jak  się czuła, co przeżywała, jej rozterki życia codziennego. Przy każdym tygodniu masa porad, adekwatna do czasu naszej ciąży. Autorka zwraca uwagę i przypomina, co w danym tygodniu powinnyśmy zrobić, np. jakie badania. Znajdziemy porady dotyczące diety, zakupów, najczęstszych dolegliwości ciążowych. Istotna sprawa to taka, że autorka nie kończy swojego poradnika na 40 tygodniu, ale na 43, zatem opisuje co dzieje się z mamą po porodzie, porady na temat początków z nowonarodzonym maleństwem. Na końcu książki znajdziemy także rozdział Pomoc i tutaj znajdziemy podrozdział na temat problemów z płodnością, zapłodnienia in vitro, przydatne kontakty. Autorka rozwiewa wiele problemów, podpowiada gdzie szukać pomocy, jeśli rodzice stracili dzieciątko. Osoby chcące rozpocząć starania o dziecko także znajdą poświęcony temu rozdział. Zatem książka jest dedykowana szerszemu gronu osób, aniżeli tylko tytułowym "ciężarówkom".


Spójrzcie tylko na te obrazki - każdy tydzień jest nimi opatrzony, dzięki czemu uśmiech sam ciśnie się na usta.


Kolejny poradnik autorstwa Heidi Murkoff oraz Sharon Mazel "W oczekiwaniu na dziecko" był drugą książką, na którą miałam się skusić, ale moje myśli zostały odczytane prędzej i dostałam go w prezencie. Wygląda już "poważniej" i tak też jest napisany.



W środku także poważniej. Znajdziemy tutaj nie tylko opis przebiegu ciąży tydzień po tygodniu, ale także informacje na temat ciąż bliskich w czasie, opryszczki narządów płciowych, porodu przedwczesnego, niewydolności ciśnieniowo-szyjkowej, konfliktu Rh, wyborze lekarza, HPV, otyłości, niedowagi, diagnostyce prenatalne, itd., zatem tematy niekiedy stricte medyczne, jednak popularne i  tutaj bez owijania w bawełnę opisane. Jest również masa porad dla rodziców planujących ciążę, jest także cały rozdział poświęcony przyszłym tatusiom, porodowi, ciąży mnogiej, kiedy dziecko się urodzi, zdrowie przyszłej mamy lub gdy z ciążą dzieje się coś złego.


W książce zdarzają się obrazki, np. dziecka w danym etapie ciąży lub z poradami, jak ten powyżej.

Książka jest zdecydowaną skarbnicą wiedzy z medycznego punktu widzenia. W obu książkach na samym końcu znajdziemy indeks, co umożliwi nam sprawne odnalezienie opisu zagadnień, które nas w danym momencie interesują. Te poradniki póki co w zupełności mi wystarczają, nie chcę też mieć w głowie zbędnego mętliku, a tutaj w obu przypadkach temat moim zdaniem został wyczerpany. Dajcie znać, czy w ciąży sięgałyście bądź sięgniecie po poradniki (może jakieś inne), czy zdałyście się na siebie?

sobota, 18 lutego 2017

Zaczynamy kolejny rozdział naszej historii...

Chwila przerwy na blogu spowodowana była nie byle czym. Przygotowywałam się do wyznania Wam największej radości, jaka nas w ostatnim czasie spotkała. Teraz wiem, że mogę o tym powiedzieć, chociaż ostatnie trzy miesiące przyprawiały nas o ciągły stres, strach, wiele wizyt u lekarzy, ale wreszcie możemy w pełni cieszyć się tym, co los dla nas przygotował.


Będziemy rodzicami! :) Jak też możecie się domyślać blog zacznie obfitować o wpisy ciążowo-parentingowe, ale to myślę zrozumiałe.


I pomyśleć, że szczęście może być aż tak nieskończone...

czwartek, 2 lutego 2017

Obrączki ślubne - jak znaleźć te jedyne?

Zapraszam na kolejny ślubny post. Tym razem pochylimy się nad jednym z ważniejszych wyborów przed Wielkim Dniem, czyli obrączki ślubne. Czym my kierowaliśmy się przy ich wyborze i jakie mamy zdanie na ten temat?


Nasze poszukiwania zaczęliśmy jak pewnie większość par od odwiedzenia tzw. sieciówek jubilerskich - Apart, W. Kruk, Yes. Początkowo zapoznawaliśmy się z ofertą internetową bądź katalogową, skusiło nas kilka modeli, ale gdy przyszło nam obejrzeć je na żywo... Rozczarowanie było olbrzymie. W katalogu, na zdjęciu piękne, solidne, masywne, a w rzeczywistości jakieś takie lichutkie, cienkie, wąskie... Tutaj pozytywnie zaskoczył nas jednak Yes, gdyż grubość można było modyfikować. Reszta salonów działała schematycznie trzymając się tego, co mają i jak to pierwotnie wygląda, dopasowując jedynie rozmiar. 

Na czym nam w ogóle zależało? Przecież jest masa par, które w tych salonach znajdują obrączki idealne, więc dlaczego akurat my się czepiamy? I tutaj mamy sedno. Bardzo ważne jest przy wyborze tej właśnie biżuterii, aby była ona dla nas funkcjonalna. Z wiadomych względów nie będziemy chcieli się zbyt często z obrączką rozstawać, zatem musi ona pasować do charakteru naszej pracy, tempa życia oraz stylu. Nam zależało na obrączkach solidnych i grubych, aby w pracy mojego męża nie wykrzywiła się na wszelkie strony, co byłoby możliwe. Okazało się, że najlepsza też będzie półokrągła, gdyż taki kształt najlepiej pasował naszym dłoniom. Oboje mamy szczupłe dłonie, więc tutaj się zgraliśmy. Niekiedy nie bywa tak łatwo, wówczas jeśli zależy nam na komplecie obrączek, trzeba na prawdę spokojnie pomierzyć różne modele. Wiele par teraz decyduje się na dwie różne obrączki i moim zdaniem w tym także nie ma nic złego - wówczas każda osoba dobierze dla siebie idealną. Pamiętajcie też, że obrączki wcale nie muszą być złote. Jeśli na co dzień nosicie srebro, bądź białe złoto, lepiej zdecydować się na coś w tym odcieniu, żeby później nie irytować się, gdy obrączka zacznie się "gryźć" z resztą dodatków.


Ostatecznie postanowiliśmy udać się do zaufanego jubilera i wcielić w życie nasz pomysł na obrączki. Wielu jubilerów jest w stanie odzwierciedlić modele, które wam się spodobają, modyfikując je i robiąc typowo pod was. Dodatkowo koszt takich obrączek u niego, a w sieciówce różni się niekiedy kolosalnie. Na prawdę polecamy ten pomysł, może również i wam uda się w ten sposób stworzyć obrączki idealne.

A jak wyglądają nasze obrączki? Na zewnątrz żółte złoto, w środku różowe, dodatkowo grawer z inicjałami i datą ślubu (grawer najczęściej jest darmową dodatkową opcją). Moja obrączka dodatkowo posiada maleńką cyrkonię, pod którym również przepływa złoto, zatem nie jest on jedynym łączeniem obrączki i na tym mi zależało. Jest osadzony na równi z żółtym złotem, zatem nie odstaje i nie haczy. Dodatkowo, jeśli w przyszłości zechcę go zmienić na jakiś brylancik, nie będzie  z tym problemu ;). Obrączkę męża można dowolnie poszerzać lub zwężać, mojej nie ze względu na kamień, ale tak jest ze wszystkimi modelami z tym właśnie dodatkiem. Tego byłam i jestem świadoma, jednak można zwyczajnie obrączkę przetopić i odbudować na nowo w innym rozmiarze. Jednak mam nadzieję, że nie będzie to konieczne ;).