czwartek, 6 kwietnia 2017

Haul #1, czyli zakupy ubraniowe i kosmetyczne

Na Instagramie spytałam Was, czy chcielibyście zobaczyć, co w ostatnim czasie udało mi się kupić. Chcieliście, więc przychodzę z pierwszymi na blogu zakupami. Trochę ubrań, trochę kosmetyków, więc zapraszam do oglądania!


poniedziałek, 3 kwietnia 2017

Ciąża a zmiany w garderobie

Czy ciąża oznacza rewolucję w naszej szafie? Oczywiście, chociaż nie zawsze jest aż tak drastycznie. Oczywiście kwestia "rośnięcia" mamy w ciąży jest zawsze indywidualna, ale dziś opowiem Wam jak to potoczyło i nadal toczy się u mnie, jeśli chodzi o ubrania.

Od lewej: F&F, F&F, butik osiedlowy

wtorek, 28 marca 2017

Pierwszy trymestr mojej ciąży

Pierwszy trymestr ciąży trwa od pierwszego dnia ostatniej miesiączki do końca (i tutaj źródła mogą podawać dwie różne informacje) 12 lub 14 tygodnia. Jest to czas, jak już wręcz legenda głosi, w którym przeróżne dolegliwości dotykają przyszłe mamy najmocniej. W tym czasie również - i to już druga, mniej dobra strona medalu - okaże się, czy ciąża przetrwa i czy nie wydarzy się nic, na co przyszłe mamy często nie mają wpływu. Nie bójmy się o tym mówić, choć jest to sprawa bolesna - poronienia w pierwszym trymestrze ciąży zdarzają się bardzo często nie dlatego, że ciężarna zrobiła coś źle. Po prostu organizm postanawia zakończyć życie zarodka, który był zbyt słaby. W tym czasie, moim zdaniem, nie ma co kusić losu. Mimo, iż gołym okiem ciąży nie widać, niekiedy kobiety też nie od razu rozpoznają u siebie ten piękny stan, trzeba dbać o siebie aż nadto, żeby w razie czego nie mieć wyrzutów sumienia i żalu do samej siebie, że postąpiło się w którymś momencie niewłaściwie. 


Ale wróćmy do sedna sprawy, czyli jak u mnie wyglądały pierwsze trzy miesiące pod względem tych wszystkich książkowych dolegliwości i samopoczucia. Niestety trafiłam do grona tych mam, które muszą borykać się z wieloma przygodami, których niestety przewidzieć nie można. Nie w mojej gestii leży straszenie tutaj kogokolwiek, zatem nie chcę się wdrażać w szczegóły, ale ten czas musiałam głównie przeleżeć, odpoczywać i unikać stresu. Maleństwo poza wszelkimi przeciwnościami, które los rzucał pod nogi rozwijało się modelowo. Ja przez półtora miesiąca cieszyłam się i tym samym chyba zapeszyłam, że ciążowe dolegliwości mi nie straszne, bo jak grom z jasnego nieba spadły na mnie mdłości. Do południa było wszystko w porządku - apetyt dopisywał, jednak maraton zaczynał się później. Co prawda wymioty pojawiły się tylko jeden raz - w 11 tygodniu, ale mdłości skutecznie potrafiły wymęczyć, przez co waga stała w miejscu, zatem w tym czasie nie przybrałam nic a nic. Kolejna rzecz to oczywiście początek ciągłych spacerów do toalety, no niestety brzuszek płaski, ale w środku wiele się dzieje, a pęcherz skutecznie nam o tym przypomina. 

Strasznie drażniły mnie niektóre zapachy - w szczególności perfum męskich, ale tych moich również w tym czasie używać nie mogłam. O dziwo mięso czy ryby mi nie przeszkadzały, ale potrafiłam się skrzywić na zapach bułki tartej. Cóż, ile ciąż, tyle różnych dziwactw :). Niektóre z nich wywoływały bóle głowy, ale nie tylko zapachy miały na to wpływ. Przed ciążą standardem były u mnie migreny. Miałam cichą nadzieję, że na te 9 miesięcy zapomnę, co to w ogóle oznacza, ale myliłam się - i to bardzo. Ból głowy od początku dopada a to przez jakiś zapach, a to przez zmieniające się ciśnienie, a to przez pogodę... Niekiedy bóle są tak silne, że nic, tylko leżenie z zamkniętymi oczami w ciemnym, cichym pomieszczeniu. 

Jeśli chodzi o figurę, od 8 tygodnia przestałam nosić ciasne rurki i przerzuciłam się na sukienki, jeśli już gdzieś musiałam się wybrać. W domu oczywiście luz i wygoda, bez zbędnego ściskania się. Oczekiwany brzuszek pojawił się w ok. 10 tygodniu, jednak głównie powiększał się pod wpływem posiłków - rano po przebudzeniu pozostawał płaski. 

Szczerze mówiąc, poza tymi kilkoma niedogodnościami nic więcej mnie nie dotknęło, zatem ten czas chociaż pod tym względem był dla mnie łaskawy. Dajcie znać, jak u Was przebiegały pierwsze trzy miesiące i jak je wspominacie.

czwartek, 23 marca 2017

Kobieto, ogarnij swoją szafę!

Kilka lat temu, mogłabym powiedzieć, że to było wręcz moją mantrą. Szafa pękała w szwach, a ja i tak nie wiedziałam co z czym i jak zestawić, a więc słynne "Nie mam się w co ubrać!" było codziennością. Zmądrzałam, chociaż może inaczej - wydoroślałam i przyszedł moment, gdy postanowiłam postawić na rewolucję w mojej garderobie. Mam swoje zasady, których pilnuję od dłuższego czasu, w szafie wszystko dokładnie widzę, półki się nie uginają, a rzeczy an wieszaku mogą odetchnąć, bo nie są ściśnięte jak sardynki w puszce. Jak udało mi się okiełznać szafę i (tak, mogę to powiedzieć z dumą) popaść w minimalizm? Już wam mówię!


Znalazłam swój styl

Już wiem, co mi się podoba, jakie kroje, fasony i kolory. Wiem, w czym czuję się i wyglądam dobrze. Stawiam na ubrania ponadczasowe, klasyczne i dobre bądź w miarę dobre jakościowo. Czarne i granatowe spodnie to totalna baza jeśli chodzi o spodnie. Do nich każda koszula lub zwiewna bluzka wygląda dobrze, a zatem w ten sposób tworzy mi się wiele stylizacji. Klasyczne czarne botki na słupku lub granatowe baleriny i jestem gotowa. Elegancko, schludnie i bez rwania włosów z głowy. Lubię delikatność, kobiecość i chociaż odrobinę przemyconej elegancji w strojach. 

Nie wpadam w szał zakupów wyprzedażowych

Kiedyś owszem - a, bo coś jest za kilka dyszek, to jak mam nie wziąć. A co tam, że odrobinę za luźne - krawcowa poprawi. Ostatecznie nie poprawiała, a rzeczy lądowały w szafie i nigdy nie ujrzały światła dziennego. Poza tym, niczego nie planowałam - biegałam po sklepach w celu kupowania wszystkiego co wpadło w ręce, bo było w super cenie. To była głupota, teraz jestem tego świadoma. Owszem, lubię wyprzedaże. Jednak wolę zastanowić się, czego aktualnie potrzebuję i na tych rzeczach się skupiam. Wolę także wtedy skorzystać z ofert, gdzie dany ciuch był drogi do bólu, a na przecenie ta cena jest o wiele rozsądniejsza, jednak wciąż widzę, że płacę za jakość. Wychodzę z założenia, że lepiej jeśli kupię jedną, porządną parę spodni, przy okazji oszczędzając co nie co, niż mam kupić trzy pary źle skrojonych, w złych kolorach i ogólnie nienadające się dla mojej sylwetki.

Nie gonię ślepo za trendami

Tutaj mam na myśli zmieniającą się jak pogoda modę a to na rzeczy boho, a to na frędzle, a to na cekiny, perełki, wszechobecne futerka, brokat, itd. Tego typu rzeczy od razu widać, że będą modne krótko, zatem jeśli już jakiś trend wyjątkowo przypadnie mi do gustu, wolę kupić jakiś detal, dodatek lub ciuch, który w przyszłości w innych zestawieniach nie będzie obciachowy i staromodny. Coś, czym będę mogła cieszyć się dłużej niż jeden sezon.

Regularnie przeglądam garderobę

Porządki generalne robię co sezon, a więc przed wiosną i latem oraz przed jesienią i zimą. Wówczas odpada najwięcej rzeczy, jednak w międzyczasie również przy składaniu ubrań znajduję coś, w czym chodzić już nie będę. Staram się być regularna, aby zwyczajnie znać zasoby mojej szafy i wiedzieć co mam, a czego mi brakuje. To samo tyczy się bielizny - również kilka razy do roku gruntowne układanie i przegląd.

Wyrzucam, oddaję lub sprzedaję

Po porządkach zostaje pytanie co zrobić z odstawionymi rzeczami? Jeśli są w dobrym stanie, jednak na mnie już nie pasują, znudziły mi się lub zwyczajnie już ich nie potrzebuję, wystawiam na aukcjach internetowych lub oddaję potrzebującym. Rzeczy zniszczone wyrzucam. Co ważne - nie przekładam na stertę rzeczy "po domu". Po domu i tak nosi się swoje ulubione i wygodne ubrania, więc nie ma sensu zagracać szafy kolejnymi takimi rzeczami. Na prawdę jestem bezlitosna, ale skutkiem tego jest przestrzeń i przejrzystość w szafie.

Dbam o swoje ubrania

Po sezonie jesienno-zimowym płaszcze i kurtki od razu zawożę do pralni, a po odbiorze wiszą w workach i czekają na kolejny sezon. Swetry golę golarką do ubrań, żeby nie dbać już o to przy kolejnych zimnych miesiącach. Ładne, czyste i nie zmechacone również czekają na swój czas. Szaliki, czapki i rękawiczki piorę, po czym chowam np. do plastikowego pojemnika, żeby zajmowały mniej miejsca. Buty pastuję, czyszczę i chowam do pudełek, a jeśli jest potrzeba wymiany fleków, zanoszę do szewca. Przed jesienią i zimą nie muszę stać w kolejkach i oczekiwać nie wiadomo ile, bo płaszcze i buty są gotowe do noszenia. Ja wiem, że brzmi to jak porada perfekcyjnej pani domu, ale wbrew pozorom nie zajmuje to zbyt dużo czasu i rzeczy zawożę przy okazji zakupów, a przy okazji kolejnych je odbieram, zatem nie jest to specjalna wycieczka. Wszystko przy okazji i dobrze zorganizowane, żeby szanować swój czas.


Już od kilku lat jestem na prawdę dumna z mojej garderoby. Nie za dużo, nie za mało. Zdecydowanie rzadziej w głowie pojawia się to jakże popularne hasło "Nie mam się w co ubrać!", dzięki czemu rzadziej popadam w irytację. Wszystko ma swoje miejsce, a każda rzecz może być zestawiona na wiele sposobów. Nietrafione zakupy praktycznie mi się nie zdarzają, bo nie popadam w amok przy sklepowych wieszakach. Jak niewiele potrzeba, żeby chociaż ubrania nie sprawiały o zawrót głowy ;-)! Również w okresie ciąży potrafię nad sobą panować i myśleć racjonalnie, a przy tym wykorzystywać jak największą ilość ubrań, które posiadam, a w których w ciąży również wyglądam dobrze, ale o tym planuję oddzielny post. Dajcie znać, jak to jest u Was? Również ograniczyłyście ilość ubrań, czy jednak jesteście zwolenniczkami "Im więcej, tym lepiej!"?

poniedziałek, 20 marca 2017

Teksty, które wkurzają cieżarną

Przychodzi moment w życiu każdej ciężarnej, że faktem bycia w tym pięknym stanie musi lub chce podzielić się z innymi. Niekiedy też nie tłumaczy się ludziom, więc nadchodzi etap, gdy ciążę już niezwykle trudno ukryć. A może po prostu inni "wywęszyli", że kobieta jest w ciąży i mimochodem informacja się rozszerza.

Wszystko jest w porządku, jeśli osoby z naszego otoczenia nas wspierają i pozwalają cieszyć się tym stanem, ewentualnie mają ochotę nas wysłuchać i udzielić jakiś porad, gdy o to poprosimy. Zwykle jednak bywa tak, że nie prosimy o nic, a rady, mądrości i inne złote myśli spływają na nas strumieniami. Jestem w połowie mojej drogi, ale już wiele rzeczy zaczęło mnie drażnić i dziś podzielę się z Wami tym, co mnie osobiście (domyślam się, że nie jestem jedyna) doprowadza do szewskiej pasji.


1. Wyglądasz tak i siak, na pewno będzie chłopiec/dziewczynka! - oboje z mężem mamy swój typ co do płci, niedługo powinniśmy ją poznać i upewnić się, czy nasza intuicja dobrze nam podpowiadała, ale żadne przepowiednie proroków na prawdę nie są nam potrzebne. Ciężarna jest ze sobą na co dzień. Wie jak się czuje, co się dzieje z jej skórą - a jest jej znacznie więcej, niż tylko ta na twarzy - i przypuszczam, że doskonale zna wszystkie przesądy, które od zarania dziejów mówią, jakie przypadłości zwiastują chłopca, a jakie dziewczynkę. Zmagająca się z nagłym wysypem trądziku ciężarna może tak rewelacyjnie zakryć wszystko makijażem, że na prawdę żadne bzdurne komentowanie nieskazitelnego stanu jej cery na prawdę nie jest jej potrzebne. Na tej płaszczyźnie na prawdę lepiej odpuścić, a jeśli już kogoś ciekawość mocno zżera, niech grzecznie spyta, czy przyszli rodzice zechcieliby zdradzić płeć maluszka, gdy już się tego dowiedzą. Grzeczne to, kulturalne i nienachalne, czyż nie?

2. Musisz jeść/pić to, stosować takie witaminy, a dodatkowo zrobić takie badania! - Po pierwsze przyszła mama nic nie musi. A przynajmniej nie to, co ktoś bez wykształcenia medycznego czy dietetycznego od niej wymaga. Każda ciężaróweczka jest pod opieką swojego lekarza, który śledząc od początku losy i poczynania fasolki oraz wyniki kobiety, dokładnie wie, co ma jej poradzić, jakie leki bądź suplementy przepisać i na jakie badania skierować. Kobieta w ciąży potrafi także czytać i wie, gdzie sięgnąć, aby uzyskać odpowiedzi na nurtujące pytania dotyczące diety w ciąży, ćwiczeń fizycznych i masy innych spraw. Tutaj znów - jeśli chcę jakiejś porady bądź wiedzy, potrafię spytać i na prawdę nie trzeba mi nic kazać.

3. Powinniście jemu/jej dać na imię... - tutaj zwykle porady sięgają drzewa genealogicznego jednego z rodziców. No dobrze, ale dlaczego mam nazwać synka imieniem dziadka mojego męża od strony mamy, skoro może mój dziadek od strony taty też miał ciekawe imię i był fantastyczny? A może przyszli rodzice wcale nie chcą powielać imion, które już w rodzinie się pojawiły? Przypuszczam, że wiele par, tak jak my, mają swoje typy, bo przecież niecodziennie rodzi nam się mały człowiek, któremu wybieramy imię na całe jego przyszłe życie. Zresztą jak ciąża długa tak i typy z tygodnia na tydzień lub miesiąca na miesiąc mogą się zmieniać. Ale to jest sprawa przyszłych rodziców. Jakiegokolwiek imienia by nie wybrali, to ich decyzja, którą należy uszanować. 

4. Wyśpij się na zapas! - Że co? Że jak? Nawet nie wiem, jak podjąć się komentarza tej jakże cennej porady. Gdyby się dało, to każda mama po narodzinach swojego maleństwa tryskałaby energią i miałaby tyle sił, żeby móc góry przenosić. A skoro tak nie jest, to czy można wyspać się na zapas? Zresztą jest ogrom przyszłych mam, które trapi bezsenność. Kolejna kwestia to sposób ułożenia się i znalezienia odpowiedniej pozycji do snu. To na prawdę nie jest prosta sprawa, gdy bolą biodra, plecy, a brzuszek jest na prawdę już sporych rozmiarów. Zatem często temat snu i odpoczynku dla mamy w ciąży jest po prostu irytujący.,

5. Jak się czujesz? - To nic złego, gdy nie widzimy się z kimś długo, ale jeśli są osoby, z którymi kontakt mamy bieżący i za każdym razem o to pytają, to już po prostu męczy. Ciąże są różne - łatwiejsze, trudniejsze. Przyszła mama może być aktywna całe 9 miesięcy, inna połowę ciąży lub więcej musi przeleżeć, wówczas ciągłe pytanie o samopoczucie może przypominać jej o tym, że nie do końca może cieszyć się swoim stanem tak, jakby chciała. 

6. Historie o poronieniach, chorobach, śmierci - przez te 9 miesięcy lepiej po prostu kobiecie ciężarnej darować tego typu anegdotki. Lepiej opowiedzieć coś zabawnego, a nie zaprzątać jej głowę czymś, co może ją mocno zestresować. 

7. Musisz rodzić naturalnie/lepiej, żebyś miała cesarskie cięcie - często kobieta sama do końca nie wie, czy poród, który wraz z lekarzem zaplanowała, nagle nie będzie musiał być przeistoczony w ten drugi. Po raz kolejny - ciężarna ma swojego lekarza, w szpitalu też będzie pod opieką fachowców, zatem wybór odpowiedniego dla niej porodu zostawmy im. Jakby przyszła mama nie rodziła, lepiej zwyczajnie życzyć jej szczęśliwego rozwiązania i tyle. Bez zbędnych komentarzy.


Aż się boję, czy czekają mnie jeszcze jakieś denerwujące teksty podczas ciąży, a już na pewno pojawi się masa rad po narodzinach naszego szczęścia. Wówczas będzie temat na kolejny post ;-). Cóż, jest to dla mnie drażniące, ale staram się nie denerwować i nie wybuchać, wychodzę z założenia, że pewne rzeczy lepiej jeśli wpuszczę jednym uchem, a wypuszczę drugim. Jednak nie jest łatwo w pewnych sytuacjach utrzymać nerwy na wodzy. Dajcie znać, jakie teksty na Was w ciąży działały/działają jak płachta na byka!

poniedziałek, 13 marca 2017

Studia - potrzebne?

Wiele razy się nad tym zastanawiałam. Każdy tworzy i układa swoje życie jak chce, w zgodzie z samym sobą. Ja jednak wychodzę z założenia, że w życiu trzeba coś lubić i czymś się interesować. To jest klucz do sukcesu i samorealizacji.

W moim przypadku wybór już w liceum stał się jasny. W języku niemieckim przepadłam i jakoś zwyczajnie potrzebowałam, żeby było go więcej w moim życiu. W tamtym momencie nie zastanawiałam się aż nadto, co z nim zrobię, ważne było, żeby po prostu go lepiej pojąć. 

Na studiach już wiedziałam na pewno, że żmudne tłumaczenia, trzymanie się tym samym kurczowo schematów i nawyków potrzebnych tłumaczowi nie jest dla mnie. A zatem wolałam języka niemieckiego po prostu uczyć. W międzyczasie z tyłu głowy pojawił się pomysł wyjazdu do Niemiec, ale z drugiej strony, co mi z tego, że znam język, jak nie mam konkretnego zawodu, więc praca jaką mogłabym pozyskać nie byłaby raczej szczytem moich ambicji. Obrałam więc drogę nauczycielską. 

Pojawia się pytanie, co właściwie dały mi studia? Stworzyłam sobie konkretną drogę, otworzyłam drzwi, do których mogę zapukać, żeby znaleźć pracę. Pracę, którą potrafię wykonywać, do której mam kwalifikacje i nikt mi ich po prostu nie zabierze. Stworzyłam sobie grunt, który się nie zapadnie i nigdy nie powinien mnie zawieźć na tyle, żebym mogła znaleźć się na jakimś koszmarnym zakręcie bez środków do życia. Dalej już tylko mogę się rozwijać jak chcę i kiedy chcę - bazę i podstawę mam.

Tak na prawdę właśnie ten grunt jest istotny. Zawód można zdobyć nie tylko poprzez studia - szkoły policealne, zawodowe, kursy kwalifikacyjne. To tylko kilka lat chwilowych wyrzeczeń i poświęcenia, a dokument zostaje na całe życie. A ono jak wiadomo potrafi zaskoczyć w najmniej oczekiwanych momentach i wtedy właśnie warto mieć chociaż jednego asa w rękawie. Jest grono osób, które rewelacyjnie godzą życie rodzinne i towarzyskie wraz z rozwojem osobistym. Ja jestem zdania, że na wszystko jest czas, pora i miejsce i jeśli się chce, to po prostu można. A jeśli jeszcze los jest tak łaskawy, że możliwości mamy wyłożone wręcz na tacy, to jak można nie skorzystać?

W moim przypadku studia nie zamknęły mnie przed światem - równolegle budowałam swój świat, tworzyłam rodzinę, która teraz będzie się dopełniać, a ja mogę z dumą stwierdzić, że jestem spełniona we wszystkich dziedzinach dotychczasowego życia. Teraz pozostaje mi się spełniać i rozwijać dalej. Najważniejsze już mam ;-)!

Czy wybór zawodowej ścieżki życiowej jest dla Was równie istotny jak dla mnie? Koniecznie dajcie znać!

środa, 8 marca 2017

Mój pomysł na toaletkę - małą, tanią i uroczą

Nasz dom nie był budowany od A do Z przez nas. Zdecydowaliśmy się kupić stosunkowo nowy dom, jednak od kogoś. Ta opcja ma wiele zalet - jeśli oczywiście dom odpowiada nam pod względem układu, metrażu, ilości pomieszczeń. Po prostu większość rzeczy, jak nie wszystkie - są gotowe. Najgorsza papierologia związane z budową nas ominęła, jednak wiem, że tak czy siak ciężko znaleźć gotowy dom w dobrym stanie i budowany z na prawdę dobrych materiałów. Nam się poszczęściło.

Wykończenie niektórych pomieszczeń, czyli np, podłogi nie trafiły w nasz gust w 100%, ściany to najprostsza sprawa, bo raz dwa można odmalować. Ale wiecie, zawsze z czegoś mało atrakcyjnego można wydobyć to COŚ. A dlaczego pozwoliłam sobie na aż tak długi wstęp, skoro post ma dotyczyć toaletki? Już tłumaczę, a najlepiej na przykładzie. Toaletka w chwili obecnej prezentuje się następująco:


Ściana z desek którą widzicie po obu stronach toaletki była pierwotnie w kolorze podłogi - niezbyt atrakcyjny "pomarańcz" postanowiliśmy przykryć białą bejcą do drewna, aby uzyskać efekt przebijających się słojów drzewa, bo szkoda by było, aby całkiem zniknęły pod farbą. Te deski to pomysł poprzednich właścicieli na oddzielenie garderoby od sypialni. Teraz efekt nas satysfakcjonuje, choć pewnie my i tak na taki "pomysł" pewnie nigdy byśmy nie wpadli ;). Ale w końcu robimy coś z niczego, bo nie od razu Rzym zbudowano.

Bazą toaletki jest... biurko. Tak, tak, jakoś nie przemawiają do mnie takie toaletki z krwi i kości, oczywiście nie każdemu może się podobać też takie rozwiązanie, natomiast dla mnie to strzał w dziesiątkę. Biurko to podstawowy i najtańszy model z jedną szufladą z Ikei (klik). Może to zabrzmi, jak jakaś reklama Ikei, jednak wierzcie mi, że nią nie jest, jednak dywanik pod krzesłem oraz lusterko także pochodzą z tego sklepu (klik, lusterko natomiast kupiłam kilka lat temu i zauważyłam, że na stronie internetowej już go nie ma, więc być może nie jest już dostępne).
Krzesło natomiast kupiłam na Allegro (w dziale krzesła do salonu). Było o wiele tańsze niż w stacjonarnych lub niektórych internetowych sklepach meblowych.


Obok biurka niezwykle istotny element, czyli maleńki, podręczny kosz na śmieci. 


Na biurku prócz lusterka stoją moje pędzle w najpopularniejszej na świecie osłonce na doniczkę (zgadnijcie skąd ;)?) oraz Beautyblender i wazon z kwiatami. Ten wazon kupiłam kiedyś w Biedronce przy okazji jakiejś kolekcji artykułów dekoracyjnych do domu.

A co słychać w szufladzie?

Postawiłam na maleńkie koszyczki (te pochodzą akurat z Castoramy) do segregacji drobnych kosmetyków. Poza koszyczkami trzymam palety cieni, podkłady, które są ciemniejsze i używam ich latem, sztuczne rzęsy, puder, gumkę do włosów oraz jajeczko Brushegg do mycia pędzli. Dodatkowo zobaczcie, że mimo wielkiego zamiłowania do kosmetyków, staram się nie magazynować, dokupować na bieżąco produkty, które faktycznie zużyję, a więc minimalizm wdrożony w życie jakieś dwa lata temu utrzymuje się!

Dajcie znać co sądzicie o takim kąciku, czy może wolicie standardowe, kobiece toaletki?